na Rzecz zachowania Naturalnego Piękna Wsi i Godną Starość

Szkodnik rodzimy

Dopóki nie zamieszkałam na stałe na wsi, byłam przekonana, że to mieszczuchy nie rozumieją, nie dbają i niszczą przyrodę, traktując ją jak użyteczne, zielone dobro na niedzielny wyskok pozostawiając po sobie stosy śmieci.
Od kiedy jednak zainstalowałam się na stałe na wsi, ze zdziwieniem odkryłam także i „rodzimego” szkodnika!
Idzie sobie babina polną drogą, chyba do lasu – może po grzyby, ale z wypchaną czymś plastykową torbą, nagle „upuszcza” torbę i jakby nigdy nic, nie oglądając się za siebie poszła w kiebieni matieru dalej. Najwyraźniej pozbyła się ciężaru. Podchodzę, otwieram torbę i oglądam zgubione dobro – puszki po piwie, zakrętki, obierki, stary biustonosz, jakaś bliżej nieokreślona zgniła masa, jeden pantofel, potłuczone talerze… No i co z tym zrobić...? Dogonić babę i oddać „zgubę”? Ona już za daleko! Pomyślałam - pewnie będzie wracać tą samą drogą, więc powieszę torbę na gałęzi w widocznym miejscu, zawstydzi się i zabierze z powrotem do domu - nic z tego...Torba wisiała jakiś czas, tyle tylko, że rozerwana i to ja uprzątnęłam śmieci - żal mi było pięknej wiejskiej drogi. Albo ...
Dziki, sarny i inne bestyje wnadziły się w kartofle... Tylko co poschodziły, wystawiły zielone noski na świat, a już watacha robi porządek i to pomimo pracowicie zagrodzonego sznurkiem pola. Na sznurku pouczepiane plastikowe butelki, puszki, papierki i in. cudeńka, zależnie od pomysłowości. Od lat ta sama ceremonia – gospodarze „odstraszają” na różne sposoby, a zwierzęta przyzwyczajone do ludzkiej zmyślności robią to, co zawsze robiły. Ostatnio gospodarze zaopatrzyli się w strzelające straszaki. Codziennie, o tej samej porze, o zmierzchu, wychodzi taki na skraj swego pola i „szczela” raz, drugi, dziesiąty, aż wystrzela wszystkie kapiszony i wraca spokojnie do domu - spełnił gospodarski obowiązek, a zwierzęta przeczekawszy hałas, robią swoje! Tylko bociany zerwały się z gniazda przerażone i poleciały gdzieś w noc. Jest jeszcze jeden sposób - uczepić na polu psa! Pies przerażony warunkami w jakich się nagle znalazł, z dala od swego „stada” wije się na krótkim powrozie, wyje, ujada, skomli dzień i noc, aż do wyczerpania sił, bardzo często kilka dni bez wody i jedzenia – bo pole daleko, nie chce się iść... „(...) czort jego nie weźmie... Nie zdechnie...”. Czort nie, ale wilki tak! Mogę podać nazwy wsi, wskazać gospodarzy, którzy stracili swoje czworonogi w tak okrutny sposób, przez własną bezmyślność, ale rzecz nie w jednostce, a w mentalności. Wracając jeszcze do sznurków, którymi „ochraniają swoje dobra” dobrzy gospodarze... Te plastikowe od snopowiązałek sznurki z pouczepianymi na nich puszkami, torbami, butelkami - oczywiście po wykopaniu kartofli, zostają na polu i „zdobią” pejzaż wsi. Stosy worków po nawozach, kłęby sznurów od snopowiązałek, fruwające torby, puszki po piwie, stare garnki, szkło, zabawki, wózki, puszki po konserwach, druty od ogrodzeń, stare dachówki, tapczany i mnóstwo innych śladów naszego istnienia zalega pobliskie lasy. Tego nie przywiózł nikt z Białegostoku, to ci, co mają swoje domostwa tuż, tuż... Ale... Moja chata z kraja. Hadko patrzeć na to wszystko!

Nawigator

Licznik odwiedzin

138413
Dziś 29
Ostatni tydzień191
Ostatni miesiąc433
Ogółem138413