na Rzecz zachowania Naturalnego Piękna Wsi i Godną Starość

BRĄZA, cz. I.

Czasami spacerując po lesie, byłam zaskakiwana dziwną "obecnością" Coś przemykało z niebywałą szybkością i zręcznością pomiędzy drzewami i znikało jak duch. Bemo, nauczony niczego nie gonić, (z wyjątkiem złodzieja) patrzył na mnie pytająco, ale i merdał ogonem.
Myślę sobie - ciekawostka? Co to może być..? Na pewno nie sarna – nie ten ruch. Któregoś słonecznego, zimowego ranka – pełnego puszystego śniegu, zobaczyłam to "coś" - duże, długie i brązowawe. To był pies, w tej chwili wiem, że suka. Myślę, że biegała po terenie – gdzieś od stycznia 2009 r. Aby przeżyć, (była duża) musiała się wykazać nie lada zręcznością i inteligencją. Z nastaniem wiosny, zaczęła biegać po wsi z jakimś kurduplowatym kundelkiem. Właśnie wtedy ją sfotografowałam po raz pierwszy. Później kumpelek - kurdupelek gdzieś zniknął, przemykała więc sama. Różnie była traktowana – albo z obojętnością, czasami z wrogością, ale najbardziej dla mnie niezrozumiałe było - "na, masz ...." (tu rzucony kawałek chleba, tylko po to, aby w chwili kiedy suka chciała go chwycić, była przeganiana) "...a pójdziesz ty won" (i jeszcze tupnięcie nogą). Żal mi jej było, ale przecież mam już dwóch czworonożnych lokatorów – było troje, ale Mana umarła w lipcu 2005r. Pomyślałam, że zadzwonię najpierw do Pani dr. weterynarii w Siemiatyczach, Pani Beaty, osoby wrażliwej i kompetentnej - może znajdzie jakieś wyjście. Psina miała jednak wyczucie. Pewnego wiosennego ranka, na początku maja – ok. daty moich urodzin, wróciłam ze spaceru z Bemo i jak zwykle z aparatem fotograficznym w rękach, usiadłam na tarasie, aby odpocząć i oto przyszła, stanęła bokiem na wprost drzwi, pokazała w całej okazałości swoją biedę – wychudzenie, wyczerpanie i nieprawdopodobny smutek – ból istnienia. Francuzi taki stan określają ,,mal de vivre,, Tego się nie da opisać. W jej postawie – spuszczona głowa, przymknięte oczy, ustawienie całego ciała bokiem, a więc odkryciem się pełną powierzchnią, co świadczyło o poddaniu i determinacji. Wtedy zobaczyłam pręgi w poprzek kręgosłupa i po bokach w dół. Ktoś ją bił – może ostrym rzemieniem, smyczą, pejczem, bo była poprzecinana nawet sierść. Ostrożnie ustawiłam obiektyw i zrobiłam zdjęcie. Nie patrząc na mnie, oddaliła się od progu domu i usiadła ciężko, na przeciw drzwi po drugiej stronie klombu. Patrzyła nieruchomo, spojrzeniem pełnym smutku, prośby i pytania. Po chwili położyła głowę na przednich łapach i patrzyła, patrzyła, ciężko oddychając. Wychudzenie – wystające kości miednicy i żebra były jeszcze bardziej widoczne przy każdym oddechu i sprawiało to razem obraz szkieletu psa - mimo to, nie przestała być pięknym rasowym owczarkiem niemieckim. Nagle zainteresowała się czymś w trawie. Wstała i jedną łapą zaczęła grzebać, chwyciła coś pyskiem i delikatnie ciągnęła, jakiś sznurek, czy co ? To coś się rozciągało jak guma, wreszcie wyskoczyło, a ona połknęła. Pierwszy raz w życiu widziałam psa polującego na dżdżownice. Zresztą, łapała w locie nawet motyle, trzmiele i wszystko co się ruszało i mogło stanowić" pokarm" Nie dotykała pszczół – instynkt, albo przykre doświadczenie ..... Wróciła pod drzwi, chwilę patrzyliśmy na siebie - (Bemo otrzymał rozkaz ,,zostań,, więc również ją tylko obserwował) Wreszcie wsadziła łeb do środka i "zapytała" ' przepraszam... Czy tu biją..?' Następnie bardzo ostrożnie - niemal się wczołgała, położyła się bokiem - właściwie tylko połową ciała "mówiąc" '...no przecież mnie prawie tu nie ma, nawet nie patrzę...' Za chwilę wstała. Bemo warknął ostrzegawczo. Wycofała się, wróciła na miejsce skąd wyciągnęła dżdżownicę, położyła się i po prostu zasnęła – zaszczycając nas podarowanym zaufaniem. Kiedy sie poruszyłam, uniosła tylko głowę i dalej leżała, jednak obserwując otoczenie. Ponieważ to była pora naszego śniadania - poszłam po karmę dla Bemo i Maka, sobie nastawiłam wody na kawę i rozglądałam się za naczyniem dla "gościa". Przezornie, ale niedostatecznie przezornie, (jak się okazało za chwilę) rozstawiłam w pewnej odległości od siebie trzy napełnione miski. Szybkość i determinacja, z jaką rzuciła się na swoją porcję zaskoczyła wszystkich. W ułamku chwili połknęła swoją porcję, razem z kawałkiem plastykowej miski, następnie staranowała staruszka Maka – nawet dzielnie kłapał swoją leciwą szczęką, (17 – lat) ale nożyny staruszka nie wytrzymały – fiknął kozła i jak to się mówi  "nakrył nogami" - połknęła więc i jego porcję i bezceremonialnie z takim samym impetem przysadziła się do miski Bema. Tego się kompletnie nie spodziewał. Nastąpiła krótka walka i najwyraźniej jej ustąpił. Przyznam, wszystko odbyło się w takim tempie, że nie wiele mogłam zdziałać. Napiła się wody, i nie zwracając na nic uwagi, usiadła w dość dużej odległości od miejsca na którym odegrała swój ,,skecz,, pt. MUSZĘ SIĘ NAJEŚĆ! Westchnęła głośno i się rozciągnęła na trawie. Pomyślałam tylko – no i masz jeszcze jeden problem.


     

Mętna na Podlasiu, Maj 2009r.

Nawigator

Licznik odwiedzin

138411
Dziś 27
Ostatni tydzień189
Ostatni miesiąc431
Ogółem138411