na Rzecz zachowania Naturalnego Piękna Wsi i Godną Starość

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ TEATRU – 27-04-2015r.

Łzy aktorów nie są grą, są ich wrażliwością”. Marta Ł.

Święto uchwalone w 1961r. na pamiątkę Otwarcia Teatru Narodów w Paryżu, które miało miejsce 27 marca 1957roku. Dzień Teatru obchodzi ponad 100 krajów. W Polsce w tym roku przypada 250 – lecie Teatru Publicznego i 220 rocznica ur. Fredry. W przesłaniu na Dzień Teatru Krzysztof Warlikowski - (ceniony reżyser), napisał: ” Mistrzów dla Teatru najłatwiej znaleźć z dala od Teatru. To zwykle Ci, których nie zajmuje Teatr, jako machina do reprodukcji klisz i konwencji, to oni znajdują źródła i żywe nurty rzek,…”

Wprawdzie bardziej miał na myśli pisarzy (dla Teatru), ale jest bliski prawdy i o tych związanych z Teatrem: aktorów i artystów poszukujących dzisiaj innych przestrzeni. Niewątpliwie, to kwestia osobowości: odwagi, odporności, indywidualizmu, bo nie mogą liczyć w żadnym wypadku na mecenat władz lokalnych – wręcz odwrotnie - no bo, co to za artysta, jak jego nie widać w telewizorze…

Sama się zastanawiam czasem: dlaczego po tylu latach ścisłego związku z regularnym teatrem i aktorstwem nie tęsknię do tego światka…?

A jak tęsknić, jeżeli o świcie, siedzisz sobie wygodnie naprzeciw otwartej przestrzeni wypełnionej zielenią i ciszą, a trochę później „gadulstwem” ptaków i właśnie uczysz się na pamięć tekstów i muzyki do recitalu –

Świt w czasoprzestrzeni”- 11 kwiecień br. – godz. 18:00

Galeria Śleńdzińskich w Białymstoku.

Z drugiej, jednak strony…, kto wie, czy gdybym nie miała szczęścia w życiu i okazji do zagrania tak wielu pięknych postaci - przeżycia (w kraju i za granicą) artystycznych zdarzeń, wzruszeń…, kto wie, czy byłabym tym kim jestem, czy wypełniałabym teraz program autorskimi tekstami, muzyką…? Kto wie?

Uświadomiłam to sobie rozmawiając kilka dni temu z Panią Iwoną Z., organizatorką mego recitalu.

W rozmowie zapytała – „…jak Panią zapowiedzieć…?”

Odparłam, wie Pani, jakoś nie przepadam za wyliczanką z przeszłości.

...ale bez tego wszystkiego nie robiłaby Pani tego, co Pani robi w tej chwili…”

Pomyślałam – ma rację i dorzuciłam..., właśnie odkryłam w Internecie, (nie wierzę w przypadkowość) wspaniałą, autorsko solidną publikację o Teatrze Polskim we Wrocławiu…, szczerze mówiąc byłam zaskoczona ilością szczegółów, o aktorach i spektaklach, o historii tego Teatru… Przecież to tam - po dwu sezonach w Teatrze im. C.K. Norwida w Jeleniej górze rozpoczął się mój prawdziwie profesjonalny i bardzo intensywny marsz aktorski…

„A mogłaby Pani, przysłać mi link do tej publikacji…?

 

Za przyzwoleniem autorki, poniżej zamieszczam fragment - dotyczący mojej kariery we Wrocławiu.

(PDF) Jolanta Kowalska „Teatr Polski. Siły i środki” 127

MARTA ŁAWIŃSKA

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych piastowała w zespole teatru odpowie- dzialny urząd amantki. O palmę pierwszeństwa w tym emploi rywalizowała z nieco starszą i znacznie bardziej doświadczoną Lutosławską, nierzadko dublując te same role. Ta nieformalna konkurencja dzieliła publiczność na frakcje kibicujące obu aktorkom, choć porównywać je byłoniełatwo, każda bowiem reprezentowała nieco inny typ kobiecości. Ławińska uosabiała dziewczęcość w różnych odmianach: bezbronną i kruchą w sztukachCzechowa, filuterną u Fredry i Molière’a, wreszcie – skrzywdzoną lub przedwcześnie zgaszoną,odartą z blasku młodości przez los. Bywała też dziewczyną lat siedemdziesiątych, reprezentującą życiowe dylematy swojej generacji. Krytyków ujmowała wrażliwością, inteligencją, doposażającą każdą rolę w jakiś refleksyjny naddatek, wreszcie – plastycznością starannie opracowywanej formy. Artystka przybyła do Wrocławia w roku 1968, po dwóch sezonach spędzonych w jeleniogórskim Teatrze Dolnośląskim. Już w roli Czechowowskiej Iriny w Wiśniowym sadzie (reżyseria Rotbaum, 1968) zwróciła uwagę krytyki prostotą, przejmującym liryzmem i autentycznym dziewczęcym wdziękiem, choć niektórzy kaprysili na zbyt częste podnoszenie głosu czy nie dość wysublimowaną stylizację gestu. Ławińska jednak w wielu rolach starała się grać wbrew swym warunkom słodkiego podlotka, co skutkowało czasem niesubordynacją wobec postaci. Jak w „niegrzecznej” Irinie, dochodził wówczas do głosu nieposkromiony temperament współczesnej dziewczyny. Kolejne kreacje artystki zapowiadały też dobrze rozwijający się talent komediowy. Ławińska wyraziście i świeżo prezentowała się zarówno w rolach stylowych podlotków Fredry, jak i w podszytych perwersyjnym erotyzmem wampach Witkacego. W Sonacie Belzebuba (reżyseria Herman, 1968) uwiodła publiczność jako Krystyna Ceres – panienka celnie wcielająca typ sklasyfikowany przez autora jako „dziewczynkowaty demon pierwszej klasy”. Kelera chwalił jej kreację jako „najwyraźniej skomponowaną w geście, w ruchu, w sylwetce” Dwa lata później Ławińska zachwyciła rolą Luzzi w Pierwszym dniu wolności Kruczkowskiego(reżyseria Krasowski). W złożonej osobowości jej bohaterki dochodziły do głosu rygory wychowania opartego na dyscyplinie i ślepym posłuszeństwie, z drugiej zaś strony – bunt dziewczyny, której świat się zawalił. W jej świadomie podjętej decyzji o spędzeniu nocy z polskim żołnierzem,  dopiero co uwolnionym z oflagu, było sporo cynicznej desperacji, by dobrowolnie doświadczyć tego, co inne niemieckie dziewczęta musiały przeżywać na skutek gwałtu. Ale była też uparcie rozdmuchiwana iskra nadziei na nowe życie na gruzach, w przekonaniu, że to jedyne, o co warto walczyć, „bo człowiek ma już tylko siebie”. Połowicznym sukcesem okazała się natomiast Donna Elwira w Don Juanie (reżyseria Krasowski, 1970) – dla jednych monotonna i bezbarwna, dla innych dumna kobieta, żyjąca pragnieniem zemsty na wiarołomnym mężczyźnie, z uniesionym czołem znosząca cierpienia porzuconej kochanki. Artystka nie zdołała również w pełni przekonać do swojej koncepcji postaci jako Laodamia (Protesilas i Laodamia, reżyseria Tomaszewski, 1969). Rolę tę grała na zmianę z Lutosławską i – wedle werdyktu Kelery – w konkurencji tej musiała ustąpić rywalce. Krytyk docenił talent młodej artystki, orzekając równocześnie, że – w przeciwieństwie do posągowej, oszczędnej w środkach i przejmującej dramatyzmem kreacji koleżanki – nie ma ona „tych dyspozycji tragicznych, tej skali głosu”. „Prowadzi też rolę inaczej. Ruchliwsza, bardziej wtopiona w zespół niż stanowiąca jego przeciwwagę, jako żałobna kochanka jest dziewczęco skrzywdzona, ma piękne partie liryczne”. Sumując zalety i mankamenty roli, recenzent skłonny był jednak uznać, że to „poważny i znaczący sukces młodej aktorki” 55

Mniej wątpliwości budziła Waria w Wiśniowym sadzie (reżyseria Straszewska, 1971) – przybrana córka Raniewskiej, gospodarna, zapracowana, w napięciu wyczekująca oświadczyn Łopachina, które ostatecznie nie następują. Ławińska zagrała dziewczynę przytłoczoną ciężarem nieszczęśliwej miłości, przedwcześnie zgaszoną, zatrzaśniętą w sobie, nadmierną aktywnością usiłującą przysłonić uraz po doznanej krzywdzie. Artystka zebrała komplementy za celność analizy psychologicznej i spójną koncepcję postaci. Od czasu do czasu wszelako udawało się aktorce odetchnąć od źle ulokowanych uczuć swych

bohaterek i wzbudzić zachwyt publiczności w rolach zupełnie innego gatunku. Do takich należał zabawny portrecik Reporterki w Pogrzebie po polsku (reżyseria Krasowski, 1971), zagranej z nerwem, obrysowanej lekką, niemal taneczną kreską, nieobojętnej na pokusy środowiskowej satyry. Energia tej osóbki zagarniała publiczność do tego stopnia, że gdy Ławińska na premierze wbiegła na scenę z okrzykiem: „Pali się!”, pewna jejmość z pierwszego rzędu bezzwłocznie zerwała się do wyjścia. Jedną z najpiękniejszych ról, jakimi artystka obdarowała wrocławską publiczność, była Panna młoda w Weselu wyreżyserowanym przez Golińskiego (1970). Była wówczas wymarzoną aktorką do tej roli: młoda, dziewczęca, świeża, wdzięczna w gestach przekory, przejmująca w partiach lirycznych. A nadto żywa jak iskra, wyrazista w geście, ujmująca dbałością o melodię i rytm mowy scenicznej. Jej Panna młoda nie była figurką z narodowej szopki, lecz dziewczyną z krwi i kości – zaskakująco trzeźwą na tle inteligenckich fanaberii i przelotnych flirtów, a zarazem – uwodzącą poezją wśród pijackich burd weselników. W roztańczonej chacie, trzęsącejsię od tajonych namiętności, ukrytych kompleksów, historycznych traum i podrumienionych ogniem zabawy erotycznych uniesień – bohaterka Ławińskiej czarowała prostotą. Niestety, jej podlotkom nie dane było okrzepnąć w latach na deskach Polskiego. Czarującepanienki i „niegrzeczne” kociaki nie zdążyły przeistoczyć się w dojrzałe kobiety. W roku 1975artystka związała się z Teatrem Powszechnym w Warszawie. We Wrocławiu długo brakowało jej wdzięku…”

(Czyt. całość), Źródło: Jolanta Kowalska. „Teatr Polski. Siły i Środki”.

 

Kiedy tak - z perspektywy czasu, czytam oceny zagranych ról, odkrywam wiele nie uświadomionych sobie samej - jako aktorce szczegółów. Aż kusi, aby zrobić powtórną analizę, „wiwisekcję” postaci… , zwłaszcza, że mimo upływu lat w pamięci b. wyraźnie zachowały się grane przeze mnie persony. Kostiumy, fryzury, makijaż, partnerzy i co najważniejsze, okoliczności życia prywatnego w chwili opracowania roli i w czasie grania na scenie.

Zaskakuje różnica między oceną krytyków, a tą moją. Często zgadzam się z nimi, a nawet uważam, że byli zbyt „łaskawi” np. w ocenie Donny Elwiry w „ Don Juanie” – Moliera. Ja tę rolę po prostu położyłam na łopatki – nic nie zrozumiałam , ani z postaci, ani z autora…, ale np. rola Laodamii w „Protesilas i Laodamia”, uważam ją za jedną z najciekawszych w mim wydaniu, krytycy odwrotnie…

Pannę młodą w „Weselu Wyspiańskiego” uwielbiałam – może dlatego, że nosiłam w sobie moją córeczkę Monikę. To był 8 miesiąc. Ludowy obszerny strój wszystko kamuflował, tylko Pani garderobiana wiedziała.

Właśnie, garderobiana…? Nie zdajemy sobie sprawy, jak ważny, jak cenny jest ten zastęp dyskretnych ludzi – pracowników Teatru: garderobiani, inspicjenci, dźwiękowcy, suflerzy, krawcy, oświetleniowcy, fryzjerzy, wizażyści, portierzy. Oni dużo widzą i wiedzą o nas.

Witam, witam…, a co to Pani Marciu…? Coś nie tak…?

Nie, nie Panie Piotrze, wszystko w porządku…

Oj! Przecież widzę…

Później Panu powiem.

Portierzy nigdy się nie mylili. Ich nie można było zwieść – mieli oko, zresztą, to są pierwsze osoby, które nas witają przy wejściu do teatru.

Kocham ich Wszystkich – tych jeszcze przy życiu i tych, co już odeszli.

W Dniu Teatru oddaję hołd – również moim wspaniałym kolegom.

Marta Ł.

 

Nawigator

Licznik odwiedzin

65474
Dziś 20
Ostatni tydzień20
Ostatni miesiąc607
Ogółem65474